środa, 6 maja 2015

Wstyd

"Wstyd" to jeden z moich ulubionych filmów. Pierwszy raz oglądałam go kilka lat temu kiedy polecił mi go znajomy i od tamtego czasu miałam przyjemność oglądać go jeszcze kilka razy. Dlaczego? Ponieważ uwielbiam ten film za świetną rolę Michaela Fassbendera i Carey Mulligan, muzykę i oczywiście lekko erotyczne napięcie ;)

O co chodzi? Głównym bohaterem jest Brandon (Fassbender), trzydziestoletni nowojorczyk pracujący w korporacji. Jest piekielnie przystojny, a jego jedno spojrzenie przyciąga kobiety jak magnes. Nie wykorzystuje on jednak tego nachalnie i nie obnosi się z tym wśród kolegów z pracy. Jest raczej typem samotnika, który nie lubi opowiadać o sobie samym. Brandon ma za to swój wstydliwy sekret - jest uzależniony od seksu. Wieczorem lubi oglądać porno strony albo zamawiać dziewczyny na telefon. Nawet w pracy nie umie przestać myśleć o erotycznych podbojach czego dowodem jest jego firmowy komputer pełen poro filmów. 

Niemal całe jego życie toczy się wokół jednej rzeczy. Świetnie radzi sobie w pracy i życiu codziennym. Sytuacja nieco komplikuje się kiedy w jego mieszkaniu pojawia się się Sissy (Mulligan), której Brandon stara się unikać jak tylko może. W tym momencie okazuje się, że jedynym problemem mężczyzny jest nie tylko uzależnienie od seksu, ale także skomplikowane relacje rodzinne. 

       


Według mnie, film jest naprawdę genialny i doskonale pokazuje jak w świecie wszechobecnego seksu uzależnienie od niego może wyniszczać ludzką psychikę i działać na człowieka destrukcyjnie. Zawiedzie się ten kto ma nadzieję na typowo ostre kino bo choć w filmie nie brakuje erotycznych scen to cała fabuła w głębi rzeczy jest dość smuta i przygnębiająca. 

Tytuł prosto i bardzo celnie obrazuje uczucia, które towarzyszą osobom uzależnionym, a zakończenie filmu uważam za dające wiele do myślenia. 

Zwiastun do obejrzenia: Wstyd  
                                                                                                        Miłego oglądania! :)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Pomysł na wiosenny balkon

Wiosna w tym roku wydaje się nieco ociągać...W kalendarzu jest już widoczna od jakiegoś czasu, ale za oknem - jak same pewnie zauważyłyście - różnie z tym bywa. Niemniej jednak na giełdach kwiatowych i marketach aż zaroiło się od pięknie wyglądających kwiatów. Na uwagę zasługują też pojawiające się co roku meble ogrodowe, które rzeczywiście potrafią odmienić nasze balkony i tarasy. Niestety...wszystko kosztuje i to wcale nie mało. 

Nieco łatwiej jest urządzić balkon małym kosztem kiedy jest on stosunkowo niewielki - jest to dość oczywiste. Jeżeli jesteście posiadaczkami dużych powierzchni tarasowych to koszty zagospodarowania takiego miejsca mogą być większe, ale dla chcącego nic trudnego :) 

Nie chodzi nam przecież (przynajmniej w tym przypadku) o to, aby balkon wyglądał jak wycięty z Dynastii. Chodzi raczej o to, żeby miał on swój urok i był przytulny. Uwielbiam spędzać letnie wieczory na tarasie popijając wino. Warto jest doceniać takie proste chwile w życiu :)

Jak dla mnie przy urządzaniu balkonu trzeba brać pod uwagę kilka rzeczy, które według mnie są absolutnie niezbędne do wykreowania szczególnego klimatu: 


Oświetlenie 

Jest ono konieczne! :) Uważam, że nic nie dodaje takiego uroku jak zapalone wieczorem światełka. Nie ma znaczenia czy będą to po prostu zwykłe lampki świąteczne w jasnym, ciepłym kolorze czy też latarenki migoczące naturalnym światłem świec. Jedne, albo drugie..albo oba na raz muszą  znaleźć się na Waszych balkonach.

           


Kwiaty

Tego chyba tłumaczyć nikomu nie muszę. Kwiaty zawsze są świetnym pomysłem na urozmaicenie otoczenia i nadanie mu kolorów. Przy wyborze kwiatów warto pamiętać, aby były one dość odporne na nieco zmienną w naszym klimacie letnią pogodę. Z mojego doświadczenia wynika, że tak popularne u nas surfinie i pelargonie nie są zbyt dobrym pomysłem. Przed zakupem warto zapytać w sklepie, który rodzaj kwiatów przetrwa upały i ulewy :) Pamiętajcie, że nie chodzi o to, żeby balkon tonął w kwiatach - kwiaty mają być miłym dla oka akcentem.

         


Meble ogrodowe

Wiadomą sprawą jest, że na tych najmniejszych balkonach nie ma po prostu miejsca na wielkie meble ogrodowe. I choć szkoda, że tak jest, ponieważ te proponowane aktualnie chociażby w marketach są po prostu cudowne, to nic straconego. Wystarczy nam mały stolik i dwa krzesła. Zresztą nie ma co ukrywać - te naprawdę piękne meble są horrendalnie drogie, a nam chodzi przecież o optymalizację kosztów :) Z uwagi na fakt, że "zwykłe" krzesła ogrodowe są niezbyt wygodne to warto pamiętać o zaopatrzeniu się w poduszki. Wybór jest naprawdę ogromny, także bez problemu znajdziecie coś dla siebie. Oprócz tego, że takie poduchy uprzyjemnią nam siedzenie ;) to jeszcze dodadzą smaku naszemu - już prawie gotowemu - balkonowi. Jeżeli nie stać Was na takie meble albo po prostu lubicie bawić się w DIY to proponuję Wam zakupienie zwykłych euro palet i przemalowanie ich na wybrany kolor np. biały. Wierzcie mi, że efekt będzie równie genialny!

           


Podłoga

Ostatnią jak dla mnie i wydawać by się mogło najtrudniejszą to zrobienia rzeczą jest podłoga. Jeżeli na Waszych balkonach macie położone płytki to jeszcze pół biedy ;) Możecie po prostu położyć na nie mały chodnik pasujący kolorystycznie do kwiatów i mebli. Musicie jednak pamiętać o jego szybkim składaniu w przypadku deszczu - wiem, mało praktyczne ;) Nieco gorzej sprawa może wyglądać jeżeli macie na balkonie np. goły beton. Na szczęście jest i na to sposób, który zawsze dodaje ciepła. Chodzi oczywiście o tzn. drewniane podesty tarasowe. Nie zrujnują one Was finansowo, a efekt będzie świetny! :) Zawsze jest przyjemniej chodzić po drewnie niż zimnych płytkach, nie wspominając już o betonie.

             



Na koniec dodaję jeszcze inne zdjęcia. Mam nadzieję, że choć odrobinę udało mi się zainspirować Was do zmiany Waszych balkonów :) Może macie jeszcze jakieś inne sprawdzone sposoby na urozmaicenie mini tarasów?






   


    



źródło zdjęć: www.pinterest.com 




wtorek, 7 kwietnia 2015

Love, Rosie

Naprawdę uwielbiać oglądać filmy! Zazwyczaj nie mam zbyt dużo okazji żeby obejrzeć typowo kobiece kino (za sprawą drugiej osoby, z którą najczęściej zasiadam przed tv), jednak w ostatnim tygodniu nadarzyło się ku temu kilka okazji, które oczywiście wykorzystałam ;) Zawsze mam pod ręką 'listę z filmami', które chciałabym obejrzeć. Co jakiś czas dopisuję kolejne pozycje na liście i skreślam obejrzane filmy.

Od dłuższego czasu chodził za mną film "Love, Rosie", który wyreżyserował Christian Ditter. Przeniesiona na srebrny ekran  powieść Cecilii Ahern "Na końcu tęczy" to historia nie tylko o przyjaźni i miłości. To historia, która opowiada o tym jak jedna decyzja, niedopowiedzenia i ukrywane uczucia mogą pokierować naszym życiem,kierując naszą życiową drogę w zupełnie innym kierunku niż moglibyśmy się tego spodziewać. Główni bohaterowie, Rosie i jej najlepszy przyjaciel Alex, znają się od dziecka i są niemal nierozłączni. Razem spędzają całe dnie i snują plany na przyszłość. Marzeniem dziewczyny jest posiadanie własnego hotelu, a Alex marzy o zostaniu lekarzem. Z czasem, kiedy zaczynają dorastać, a zabawę w piaskownicy zamieniają na pierwsze dyskoteki, imprezy i życiowe rozterki, okazuje się, że są sobie bliżsi niż myśleli, a łącząca ich do tej pory platoniczna miłość ma szansę przerodzić się w coś większego. Jednak jak to w życiu bywa, także i na ekranie nie może być aż tak cukierkowo. Poprzez ukrywanie wzajemnych uczuć i obawę przed wyznaniem drugiej osobie swoich uczuć ich drogi rozejdą się na jakiś czas, a łącząca ich przyjaźń poddana zostanie naprawdę dużej próbie. Relacje bohaterów ukazane na ekranie to około 30 lat ich życia od podstawówki do dorosłości. Jak zakończy się ta historia musicie zobaczyć sami :) 

"Love, Rosie" to mega urocza opowieść o przyjaźni i miłości. Wiele uroku do samego filmu wprowadziła Lily Collins, która wcieliła się w postać tytułowej Rosie. Wśród filmów - nazwijmy je romantycznymi - to chyba jeden z lepszych, przynajmniej z ostatniego czasu. Mimo faktu, że jest to film o miłości, jak wiele innych z tego gatunku, to naprawdę ma on w sobie coś fajnego, co sprawia, że ogląda się go z przyjemnością i bez znudzenia.



A Wy możecie polecić jakieś fajne filmy? :) Czekam na Wasze propozycje.





sobota, 21 marca 2015

Bóg nigdy nie mruga

Wszystko może się zmienić zanim zdążysz mrugnąć. Ale nie martw się, Bóg nigdy nie mruga.


Jeżeli jeszcze nie spotkaliście się z książką autorstwa Reginy Brett  „Bóg nigdy nie mruga” to powinniście jak najszybciej nadrobić literackie zaległości. 

Przyznam od razu - osobiście nie przepadam za poradnikami w amerykańskim stylu „jak żyć by być szczęśliwym”. Po prostu większość z nich wydaje mi się stworzona na potrzeby marketingu, a zawarte w nich rady są jak wycięte z szablonu i w mojej subiektywnej opinii - wyjątkowo sztuczne, płaskie i mało życiowe.

Każdy kto w swoim życiu napotkał na mniejszy lub większy zakręt, powinien zaprzyjaźnić się z Reginą Brett i w spokoju wsłuchać się w jej słowa. Jej książki nie można czytać między obiadem, a serialem, o ile chce się z niej wywnioskować coś wartościowego. To książka, która wymaga od nas wyciszenia, skupienia, głębszych przemyśleń i pokory.

Po książkę „Bóg nigdy nie mruga” sięgnęłam już jakiś czas temu i zachwyciła mnie od razu swoją prostotą i mądrością.  Bez zbędnych i nadmuchiwanych słów autorka opowiada historie zwykłych ludzi, wplatając w nie swoje doświadczenie i wiarę, przekazując przy tym  wiarę również czytelnikowi.

Od razu uspokajam wszystkich, którzy mogą odnieść mylne wrażenie, że to książka o Bogu i próbie nawrócenia innych na ścieżkę wiary. Mimo, iż książka rzeczywiście krąży wokół tematu Boga i wiary to zawarte w niej lekcje są niezwykle uniwersalne. 

„50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu” (bo tak brzmi podtytuł) jest zbiorem wzruszających, pięknych, dodających wiary opowiadań o zawirowaniach jakie zdarzają się w życiu wielu z nas. To książka nie tylko o wierze, ale także o nauce przebaczania, o tym, że nie znajdziemy szczęścia i spokoju bez uporania się z trudną i niejednokrotnie przykrą przeszłością.  To zbiór naprawdę dobrych historii dodających otuchy i nadziei. To historie o tym, że z każdej, nawet najgorzej wyglądającej sytuacji jesteśmy w stanie wyjść (co prawda nie bez ran), ale mądrzejsi o nowe doświadczenia, które kierują nas dokładnie w to miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć.

Mam wrażenie, że Regina Brett pisząc książkę „Bóg nigdy nie mruga” zmieniła życie wielu ludzi i dała im naprawdę wiele do myślenia. W swojej prostocie, książka ta jest absolutnie genialna!

Chcąc zapoznać Was nieco z sylwetką samej autorki prezentuję Wam fragment książki, który opisuje po krótce jej życiową historię:
„Niektórzy ludzie rodzą się wrażliwsi niż inni. Częściej płaczą, wszystko odczuwają zbyt mocno i łatwiej ich zranić. Jestem jedną z takich osób. Może Ty również? Zawsze miałam wrażenie, że w chwili moich narodzin Bóg akurat mrugnął. Moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci. Czasem miałam wrażenie, że ginę w tłumie. Z sześciolatki zagubionej w naukach zakonnic, wyrosłam na nastolatkę, której kompasem był alkohol […]. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży rzuciłam naukę. Miałam 21 lat. To był mój największy życiowy zakręt […]. W wieku 30 lat wreszcie ukończyłam studia. Byłam samotną matką przez 18 lat. Mając 40 lat wyszłam na mąż za mężczyznę, który traktował mnie jak królową. Dwa lata później usłyszałam diagnozę – rak. Kolejny zakręt w życiu – tym razem pełen wertepów. W portfelu noszę moje zdjęcie z łysą głową. Ma mi przypominać, że każdy dzień na nogach to dobry dzień […]. Los rzuca nami po rożnych życiowych zakrętach. Nie wyobrażamy sobie nawet, że to wszystko przetrwamy. A potem okazuje się, że jakoś przetrwaliśmy. I ostatecznie wszystkie te zawirowania okazują się najpiękniejszymi darami jakie mogliśmy otrzymać od życia.”

Tak jak już wspominałam wcześniej, książkę przeczytałam już jakiś czas temu, ale mam zamiar do niej wrócić. Powód? To ten typ książki, który sprawia, że chce się do niej wracać i wycisnąć z niej jak najwięcej. Jak najwięcej dobrych lekcji dla siebie na przyszłość.

                                                                                                       Przyjemnej lektury.

czwartek, 12 marca 2015

Hello

Witam wszystkich serdecznie :)

Z zamiarem utworzenia bloga zwlekałam dobrych kilka miesięcy...chciałam, ale ciągle brakowało mi odwagi i chęci popartej działaniem. Zawsze wydawało mi się - i dalej tak jest -, że inni ludzie potrafią robić coś lepiej ode mnie, są mądrzejsi, bardziej przebojowi i mają więcej ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Inną kwestią jest fakt, że po części usprawiedliwiam tym swoje lenistwo - zawsze łatwiej jest zrzucić winę na innych niż spojrzeć prawdzie w oczy...
Przez tych kilka miesięcy oglądałam różne blogi poświęcone różnorakiej tematyce - kuchnia, moda, kultura etc. Każdy z nich był indywidualny i ukazywał część życia ich autorów. Moje zainteresowania nie są ukierunkowane jednostronnie. Jak większość kobiet interesuję się modą, ale lubię też poświęcić swój czas na dobrą książkę i film. Marzę, aby w swoim życiu móc odwiedzić jak największą ilość ciekawych miejsc na Ziemi.

Tak więc oto jestem i nie mam najmniejszego pojęcia o czym będzie ten blog :)